Strona Główna Artykuły Szukaj Lipiec 27 2021 16:47:05
Online
Gości Online: 1
Brak Użytkowników Online

Zarejestrowanch Uzytkowników: 20
Najnowszy Użytkownik: Marek
Rumunia - Bułgaria - Istambuł 2011

Decyzja co do wyboru miejsca, w którym moglibyśmy znaleźć słońce w tym roku nie była prosta. Niezdecydowania było bardzo dużo. Alternatyw mieliśmy sporo więc i wybór musiał być trudny.
Spośród wypraw samochodowych braliśmy pod uwagę kierunki – Krym, Turcja, Hiszpania ponad to kotłowała się myśl fajnego lasta z biura podróży jako wycieczka samolotowa, gdyż mieliśmy do dyspozycji pełne 22 dni urlopu. (więc wachlarz tygodniowy czy to z przodu czy z tyłu)
Z tej właśnie racji właśnie to ciekawy last miał zwyciężyć nad wszystkimi innymi wariantami.
Od 15 lipca czas zaczął płynąć coraz szybciej, a w biurach podróży ni widu ni słychu ofert w dobrych lastowych cenach. I tak do 5 sierpnia. Marzenia o słonecznych Kanarach czy innych atrakcyjnych miejscach prysły. (Egipt nie wchodził w rachubę).
Ni z tego ni z owego przy rozmowach na balkonie wymyśliliśmy Bułgarię, a właściwie objazdówkę po niedokończonej Rumuni przez Bułgarię do Istambułu.
Decyzja wypracowana w dwie godziny może nie była naszym marzeniem, ale dziś z całą świadomością możemy powiedzieć, że pod każdym względem przerosła nasze oczekiwania.
Objazdówkę po Rumuni opracowaliśmy niespełna w kilka godzin w oparciu o mapy i przewodniki PASCALA. Poprzez portal booking.comzarezerwowaliśmy sobie kwatery w pensjonatach i hotelach w Rumunii – by nie marnować czasu na ich szukanie po przybyciu na miejsce. Priorytetem była głównie lokalizacja, czyli jak najbliżej centrum. Co do kwatery w samej Bułgarii do końca nie byliśmy pewni – rezerwować wcześniej czy raczej jak zwykle rozejrzeć się na miejscu – choć wpadł nam w oko hotel VESELINA, znaleziony na portalu bulgaricos.pl. (ale o tym za chwil parę).
Formalności z dobezpieczeniem samych siebie, auta, załatwieniu Międzynarodowych Kart Zdrowia oraz dokonaniem dość wnikliwej kontroli naszego dwuśladu poszły szybko i sprawnie, no może poza tym ostatnim.

12 sierpień 2011 rok godz.17.00

Po przekazaniu obowiązków załatwieniu wszystkich pilnych spraw w naszych fabrykach spakowani siedzieliśmy w cytrynce z wyzerowanym licznikiem i pełnym bakiem. Pierwszy przystanek Bolesławiec – na nockę – i tak naprawdę to z tego miejsca zaczyna się nasza przygoda w „poszukiwaniu słońca”, którego w naszym kraju tego lata było jak na lekarstwo.

13 sierpień 2011 rok godzina 17.20

Rozpoczynamy manewr.
Posłuchałem się propozycji mojej „nieznośnej blondynki” i przejście z Czechami przekraczamy w Bogatyni ja proponowałem Zawidów. (na miłość Boską k…….. ale dobra niech remontują, kiedyś będzie lepiej – około 100 kilometrowy odcinek z czego 45 autostrady Bolesławiec – Zgorzelec przejechaliśmy w ponad 3 godziny.)
Godzina 20.30 przekraczamy granicę z Czechami, wpadamy na drogę do Liberca (za 12 € na pierwszej napotkanej stacji zaopatrujemy się w winietkę) dalej Praga – Brno – Bratysława – Budapeszt – Szeged – Arad – Timisoara (Rumunia) długość odcinka 1069 km. Wskazanie na liczniku cytryny 1409 (został wyzerowany w Szczecinie), czas przyjazdu 08.= (z minutami) czas łączny około
15 godzin (przerwy na zakup winiet w 3 krajach tankowanie na Węgrzech i dwa razy na papieroska). Przejście graniczne Węgry – Rumunia zostawia wiele do życzenia, ale zamykamy oczy kupujemy winietkę 5€ i uciekamy z tego pożal się Boże miejsca. Minęło może 20 kilometrów i zapominamy co zostawiliśmy z tyłu.
W końcu wita nas ta Rumunia, którą zostawiliśmy kiedyś tam.

14.08.2011r.

Dojeżdżamy do Timisoary pierwszy nocleg.
Hotel Hotel Alexandra oficjalna strona tutaj położony w dzielnicy domków jednorodzinnych cisza i spokój nikt nie robi problemów, że doba hotelowa zaczyna się o 14.00. Przywitali nas bardzo serdecznie i ulokowali w pokoju 110 na pierwszym piętrze. Pokoik bardzo sympatyczny, czysty, duży z dużą łazienką, klimatyzacją za 30€ ze śniadaniem.





Szybki prysznic i schodzimy do lobby baru na mocną kawkę i schłodzone do perfekcji piwko. Pytamy się o drogę do centrum i jak najlepiej dojechać nie wspominając nic o samochodzie (na którego na razie nie mamy ochoty patrzeć). Około 396 metrów od hotelu znajdujemy wskazaną przez obsługę hotelu pętlę trolejbusową. Z daleka widzimy, że trolejbus stoi – przyspieszamy kroku – cholera odjeżdża, dobra bez nerwów, zaraz będzie następny – kierowca widząc nasze zakłopotanie w przejściu dość ruchliwą ulicą zatrzymał pojazd, otworzył okno i pyta się, czy chcemy wsiąść. Kiwamy, że tak – więc poczekał otworzył drzwi i spytał się poprawną angielszczyzną (przynajmniej dla mnie poprawną, gdyż z moją jestem na bakier) dokąd chcemy jechać – krótko powiedziałem, że do centrum, a ponadto chciałbym kupić bilety – uśmiechnął się tylko – pokazał na pagony co uznaliśmy, że to on jest tu najważniejszy po czym wskazał na miejsca blisko niego, żebyśmy usiedli. Gdy zbliżaliśmy się po około 5 min. do centrum przed jednym z rond zatrzymał się i poprosił mnie do siebie, po czym zaczął tłumaczyć, gdzie się teraz znajdujemy i jak najlepiej dojść do centrum (nie mogliśmy uwierzyć w życzliwość, nikt się nie złościł, nikt nie trąbił – po czym przepuścił nas jeszcze przez przejście dla pieszych). Nie będę opisywał wszystkich podobnych tego typu przypadków, ale było ich naprawdę dużo. Życzliwość ludzi do turystów 10 w skali 1-6.
Zwiedzanie Timisoary zaczynamy właśnie od tego ronda. Przechodząc go po łuku naszym oczom ukazuje się rzeka, po której pływają kajaki i rowery wodne napędzane tudzież mięśniami głowy rodziny czyli ojca jak
i obopólną siła zakochanych par skrywających swe pocałunki za parasolem przeciwsłonecznym. Brzeg rzeki okalają wierzby płaczące w niedalekim sąsiedztwie pięknego, a przede wszystkim dużego parku różanego
z timisoarskim amfiteatrem. I tak w otoczeniu zieleni i dobrze komponujących się starych zabudowań
z nowoczesnością dochodzimy do ścisłego centrum, którego urokiem zachwycać się będziemy przez najbliższe 6 godzin.

































Po powrocie do hotelu, korzystając z dobrodziejstw pogody, zajmujemy miejsca w restauracji na tarasie i przy kolacji omawiamy szczegóły dnia następnego oraz podejmujemy decyzję co do rezerwacji wcześniej wspomnianego hotelu VESELINA w Chernomorcu (Bułgaria). Rezerwacji dokonujemy poprzez Internet znajdujący się w holu hotelu, rezerwujemy pobyt od 18.08.2011r. Georg właściciel hotelu przyjmuje rezerwację w związku z bliskim terminem realizacji bez konieczności wpłaty zaliczki. Zadowoleni bo ze zdjęć zapowiadało się naprawdę fajnie za niewygórowane pieniądze, udajemy się do schłodzonego cichą klimą 19 stopniami pokoju. Oglądamy zdjęcia i filmy z dzisiejszego dnia, dokańczamy drinka i jak przystało na pierwszy dzień wyprawy ……………………………

Wstajemy przed godziną 7, by jak najszybciej zjeść śniadanie i ruszyć dalej śladami wyznaczonymi przez promienie słońca w kierunku zostawionego dwa lata temu Braszowa. Droga równa i fajna prowadzi przez szereg ichnich urokliwych wioseczek, w oddali widać brunatno - czarne szczyty Karpat niczym strażnicy nieba nadający kierunek. Słoneczko przygrzewa z coraz to większą siłą, a do południa jeszcze troszkę. Zbaczamy niespełna 15 km z głównej drogi w prawo i docieramy do pierwszego przystanku w dniu dzisiejszym.
Hundeadora
Samo miasteczko nie zrobiło na nas dużego wrażenia (może przez wiele remontów dróg i budynków odnawianych z funduszy Unijnych), ale górujący nad miastem średniowieczny zamek, do którego dojeżdżamy rekompensuje wszystko.
Podjeżdżamy prawie pod same wrota zamczyska, samochód zostawiamy na bezpłatnym (o dziwo) zatłoczonym parkingu.
Zwiedzanie rozpoczynamy od obstrykania z zewnątrz











Uploaded with ImageShack.us


A teraz zapraszam do środka. Przyjemność ta kosztuje 12 lei choć w środku nie przysparza omdlenia (jak przystało na zamek średniowieczny) naprawdę warto go zwiedzić. Podobał nam się pomysł, z wkomponowaniem muzyki podczas zwiedzania w co większych salach (komnat). Przygrywali w nich Bardowie spokojne ukajające dźwięki, czy to na gitarze, czy na cymbałach. (pomysł naprawdę fajny pomagający wyobraźni w postrzeżeniu minionej epoki)


Uploaded with ImageShack.us

Hundeadore opuszczamy i wracamy na wcześniej obrany kierunek Braszow. Do Braszowa dojeżdżamy około 15.30 „nieznośna blondyna” bez problemu odnajduje adres, tym razem przy samym centrum, w bocznej uliczce odnajdujemy nasz pensjonat. CASA TIMAR strona oficjalna .


Metalowe ciężkie drzwi wkomponowane w dość wysoki mur stanowiący granicę pensjonatu po zwolnieniu elektromagnesu wpuszczają nas do środka. Jak zwykle w takich sytuacjach zostajemy mile zaskoczeni. Z zewnątrz wygląda zupełnie inaczej jak na zdjęciach w Internecie więc gdy podjechaliśmy pod wskazany adres z początku myśleliśmy, że zaszła jakaś pomyłka i może źle wpisałem adres , ale nagle po przekroczeniu drzwi wszystkie porozrzucane klocki w głowie zaczęły same się układać i z wcześniejszego chaosu powracamy do znanej nam równowagi.

Za murem wita nas czysty niemały, jak by można było się spodziewać, taras z polbruku. Ławeczka, stolik gdzie można zapalić (w całym pensjonacie zakaz palenia duży plus) i wypić kawę. 3, 4 schodki lub podjazd dla wózków lub walizek z kółkami i już jesteśmy w maleńkim holu takim jak przystało na maleńki pensjonat. Wita nas miła szczupła Pani o platynowych, krótko ściętych włosach. Załatwiamy formalności meldunkowe i udajemy się do pokoju. Pokoik już nie taki duży jak poprzedniej nocy bez klimy z małymi skosami, ale czysto i schludnie. Łazienka na korytarzu (przypisana do tego pokoju więc tylko dla nas) pierwsze wrażenie - duża – lecz przy korzystaniu, okazuje się mało praktyczna ze względu na sporawe skosy. Cena 25€ ze śniadaniem niewygórowana.








Około 16.30 przebrani, odświeżeni udajemy się na zwiedzanie Braszowa.

Po około 5 min. spacerku dochodzimy do centrum. Nie ma co porównywać do Timisoary więc nie będziemy tego robić. Duży szeroki deptak z rozłożonymi po środku ogródkami z pobocznych restauracji, barów, knajpek, knajpeczek (naprawdę spora ilość) doprowadza nas na rynek. W jednej z tysiąca knajpek na rynku przysiadamy na kawę, by w oparciu o przewodnik zapoznać się z historią i zabytkami Braszowa. Po około 30 min. bogatsi o wiedzę teoretyczną zaczynamy zwiedzanie. Nie powiem nic nadzwyczajnego myślę, że nie skłamię i nie przesadzę niezbyt skromnie jednym słowem – bardzo nam się podoba.
Nie ma pijaczków, nie śmierdzi, czysto schludnie, a przede wszystkim nikt nie chce cię oszukać. (przynajmniej my mamy takie wrażenie czego nie możemy powiedzieć o Bułgarii)
Zapadająca ciemność oznajmia nam, że czas zwiedzania dobiega końca. Opuszczamy braszowskie stare miasto i udajemy się na spoczynek do naszego pensjonatu.














Wstajemy podobnie jak dzień wcześniej. Pani przygotowuje śniadanie. Pyta się, na co mamy ochotę - tradycyjnie prosimy – żółty ser, szynka, powidła, miód, masło, kawa i herbata. Ciekawi mnie tylko czy np. – gdybym powiedział, że mamy ochotę na brioszki w szynce parmeńskiej z jajkiem na miękko - no w zasadzie śniadanie kontynentalne wcale nie wymyślne, czy stanęła by na wysokości zadania. No cóż, nie sprawdziłem, chyba mam czego żałować, bo a nóż by zrobiła. Poczułbym się wtedy jak w domu w niedzielny poranek kiedy to moja druga połowa przynosi mi takie wspaniałości do łóżka.
Po wypiciu drugiego kubka kawy, przejrzeniu trasy na dzisiaj jedziemy w kierunku Bukaresztu z zamiarem zwiedzenia po drodze świetnie zachowanego wybudowanego w stylu bawarskim Pałacu Peles. Korki straszne, ale da się przeżyć, nawet na takiego nerwusa jakim to ja jestem.


Sinaja zbliżała się coraz szybciej, słoneczko, które było coraz wyżej świeciło coraz mocniej i z coraz to większą siłą odchodziła mi ochota na zwiedzanie malowniczej, zbudowanej na styl bawarski posiadłości Karola I Hohenzollern z 1873 r. w miejscowości Peles. Nawet celowo przejechałem zjazd do centrum tej miejscowości, lecz gdy zobaczyłem smutek, żal i pełnego rozżalenia oczy mojej Iwonki wymiękłem (uwierzcie, każdy by wymiękł, żadne słowa nie oddadzą wyrazu Jej twarzy, mi prawie oczy podeszły łzami po prostu nie mogłem odmówić). Zatrzymuję samochód na małym podjeździe do budynków. W związku z małym pokryciem terenu rzeczywistego z mapą, nawigację zostawiamy w samochodzie i zdajemy się na tubylców. Dla jednego zamek, którego szukaliśmy był niezbyt daleko, dla innego jednak okazywał się na tyle daleko, że ciężko było wytłumaczyć i proponował podjechać taksówką. Spacer zajmuje nam około 35 min. Po drodze jednak zwiedzamy praktycznie całą miejscowość, jest ładna czysta i bardzo malownicza. Wydawać by się mogło, że jesteśmy w południowej części Niemiec, otoczeni Alpami w jednej z tamtejszych wioseczek. Do zamku można dojść na dwa sposoby. Pierwszy prowadzi duktem leśnym z parkingu położonego przy dobrze zachowanym Monastyrze, do którego zwiedzenia gorąco zachęcamy (cen biletów wstępu nie pamiętamy, ale bardzo przyzwoita cena jak z resztą wszystko w Rumunii),












druga zaś droga prowadzi szeroką brukowaną ulicą praktycznie pod sam zamek, samochód można zostawić na parkingu przy hotelu / restauracji po lewej stronie bodajże są dwie. Idąc tak czy duktem czy brukowaną ulicą z za drzew pojawia się cudo jak z bajki Walta Disneya, widok górujących szczytów Karpat u podnóża, których człowiek wybudował takie cacko z zachwytu zapiera dech w piersiach, uśmiech sam ciśnie się na twarz, zapominam o niechęci zwiedzenia i poddaję się urokowi z aparatem w rekach.

<









Zwiedzanie zwieńczamy obiadem w centrum w jednej z wielu knajpek serwującej same pyszności.


Tutaj zapraszam do skróconej 9 minutowej podróży po miejscach, w których byliśmy w Rumuni.





Uploaded with ImageShack.us





VERTE

Strona 1 z 2 1 2 >
Komentarze
Marek dnia wrzesień 14 2020 20:34:52
niezła relacja, ale fotki już nie działają smiley
__________________
figi koronkowe
Dodaj komentarz
Zaloguj się, żeby móc dodawać komentarze.
Oceny
Dodawanie ocen dostępne tylko dla zalogowanych Użytkowników.

Proszę się zalogować lub zarejestrować, żeby móc dodawać oceny.

Brak ocen.
Logowanie
Nazwa Użytkownika

Hasło



Nie jesteś jeszcze naszym Użytkownikiem?
Kilknij TUTAJ żeby się zarejestrować.

Zapomniane hasło?
Wyślemy nowe, kliknij TUTAJ.
Ostatnie Artykuły
Sycylijsie doznania ...
Przygoda z Toskanią ...
Południowe inspiracje
Rumunia - Bułgaria -...
Szwajcaria Saksońska...

Załóż : Własne Darmowe Forum | Własną Stronę Internetową | Zgłoś nadużycie | fashionideas.icu